Przejdź do głównej zawartości

Moje dziecko jest genialne!

 

            Moje dziecko jest genialne! Każda mama chyba łapie się na tej myśli – przechwałce, gdy dostrzega kolejną umiejętność swojego brzdąca. Porównuje z innymi, choć wie, że nie powinna tego robić, bo przecież każde rozwija się w swoim tempie. A jednak jesteśmy istotami zawistnymi, więc tak po cichutku zastanawiamy się, mierzymy i oceniamy – zawsze lub prawie zawsze na swoją korzyść.

            Kajtek chodzi, podpierając się o meble. Jak na ośmiomiesięcznego szkraba to całkiem nieźle. Jestem z niego dumna, choć nie opanował jeszcze zmysłu równowagi i trzeba go łapać. Na szczęście coraz rzadziej. Od dawna ma też wielką słabość do muzyki i rytmu wystukiwanego palcami przez tatusia. Zastyga wtedy i słucha, zahipnotyzowany. Nic innego się wtedy dla niego nie liczy. Myślimy, że odziedziczy talent muzyczny. Nawet wczoraj, gdy byliśmy na koncercie formacji „Raz, dwa, trzy” ten trzpiot zwrócił na siebie uwagę wykonawcy – Adama Nowaka, tak głośno krzyczał z widowni. Pan Adam stwierdził, że każdego dnia rodzą się młodsi i zdolniejsi. Był wyrozumiały i pełen tzw. mądrości życiowej. Może to jakieś proroctwo padło z jego ust? Może.

            Mimo, że Kajtek jeszcze nie mówi, ma przecież mnóstwo czasu, ostatnio wymienił z ciocią kilka westchnięć, takich, jakie wydaje się, gdy człowiek napije się zimnej wody w upalny dzień. Uwielbiam ten dźwięk w jego wykonaniu, jest przesłodki. Zauważył, że to się podoba i potrafimy już tak sobie „pogadać”. Zabawne. Wywołuje uśmiech na twarzy za każdym razem.

            Cóż, wszyscy chcą mieć mądre, piękne, zdrowe dzieci. Nic w tym złego. Nic złego w tym, że im kibicujemy i cieszymy się z każdej nowej zręczności. Pociechy są naszymi oczkami w głowie, przyglądamy im się z uwagą i dostrzegamy najmniejsze zmiany. Koncentracja przybiera czasem rozmiary obsesji, ale jest to obsesja niegroźna. Chyba. Ciekawe czym jeszcze zaskoczy mnie moje dziecko w najbliższych dniach. Na pewno niejednym.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Niedokończony projekt

  Jak zawsze mętlik w głowie. Czyli mamy wtorek. Chyba.  Chciałabym, próbuję twórczo wypełnić czas, więc aplikuję sobie strzępki zdań. Dopominanie się malucha o uwagę nie pozwala na skupienie. I nie wiem czy to jest dobra droga. Słucham o schematach, które wynosimy z domu rodzinnego i nieświadomie przenosimy do własnego, że odgrywamy znane nam role, wyuczone i bezpieczne, co nie znaczy, że dobre. Niemało pracy kosztuje przekucie na kowadle siebie raz jeszcze. Ponoć warto. I sprzeczność między - akceptuj siebie, bądź dla siebie wyrozumiały, nie goń za wyidealizowaną normą, puść się wolno, rób, jak czujesz - a zapełnianie wewnętrznej pustki, konfrontacja z trudnymi emocjami, twórcze działanie, itp. A może nie? Wiem póki co, że nie umiem tego pogodzić. Stwarzam sobie w głowie plan, co zrobić, dla otoczenia, ale również dla siebie, żebym była zadowolona. I gdy mi się nie udaje, gdy napotykam na trudność (Kajtek niezbyt dobrze reaguje na odkurzacz, a miło jest przecież w czystym mi...

Czas oczekiwania

      Zaangażowanie i poświęcenie. Teraz będą krążyć mi po głowie te pojęcia. Ponoć to jest klucz do sukcesu. Starać się robić to, co zrobić trzeba, lecz nie poświęcać siebie, pamiętać o swoich potrzebach dla zdrowia psychicznego (własnego i domowników). A tu wiatr w oczy, kolejny raz podnosisz rozrzucone zabawki, przygotowujesz trzy posiłki i biegasz, bo maluch rozsmarowuje jedzonko po świeżej koszulce. A przecież miałaś się wyciszyć,  nie robić wszystkiego w pędzie, na raz, nerwowo i z miną: "wszechświat się na mnie uwziął". Uf. Wdech, wydech. Płacz i poczucie. że jesteś z tym wszystkim sama. Jakoś tak wyszło, że dorzucono ci obowiązków, twoja codzienność się zmieniła, a twój partner nie do końca rozumie, że skoro tobie, to i jemu. I tłumaczy ci, że to minie, dziecko podrośnie i będzie łatwiej, jednocześnie domagając się obiadu, przy czym nie zapyta, naturalnie, czy sama jadłaś, a może, o zgrozo, to on mógłby jednak coś ci przygotować. I nie pojmujesz, po prostu ni...

Jesienne nastroje

  Spostrzeżenia październikowe takie oto są. Dzieci mijane na spacerze zawsze jakieś takie ładnie ubrane, okutane szczelnie szalikiem, czapą, kocykiem, którego nie skopują, z wzutymi bucikami, których się nie pozbywają, ciche i grzeczne, współpracujące z rodzicem, chłonące promienie słońca w spokoju i skupieniu, z namaszczeniem wręcz. A my pobudzeni, pobrudzeni, zrzucający kocyk i buciki, ściągający czapeczki, szaliki, które, jak już chwilę sobie pobędą tam gdzie trzeba, to krzywe jakieś, spadające, bo w pośpiechu poprawiane itp. No cóż. Zapewne widzi się to, co chce się zobaczyć. Może wiele matek dokopuje sobie w myślach, że nie są dostatecznie dobre i zorganizowane, bo przecież cudze bobasy takie rozkoszne, a mój wysmarowany resztkami kaszki, bo zapomniałam skontrolować buziaka przed wyjściem, czy tam coś, spodenki też jakieś przybrudzone, choć dopiero przecie zakładałam. I jak to jest, że te ciuszki po bracie tak ubogo się prezentują, a u ludzi to same zary, haemy, z wystawy, no...