Przejdź do głównej zawartości

Jesienne nastroje

 

Spostrzeżenia październikowe takie oto są. Dzieci mijane na spacerze zawsze jakieś takie ładnie ubrane, okutane szczelnie szalikiem, czapą, kocykiem, którego nie skopują, z wzutymi bucikami, których się nie pozbywają, ciche i grzeczne, współpracujące z rodzicem, chłonące promienie słońca w spokoju i skupieniu, z namaszczeniem wręcz. A my pobudzeni, pobrudzeni, zrzucający kocyk i buciki, ściągający czapeczki, szaliki, które, jak już chwilę sobie pobędą tam gdzie trzeba, to krzywe jakieś, spadające, bo w pośpiechu poprawiane itp. No cóż. Zapewne widzi się to, co chce się zobaczyć. Może wiele matek dokopuje sobie w myślach, że nie są dostatecznie dobre i zorganizowane, bo przecież cudze bobasy takie rozkoszne, a mój wysmarowany resztkami kaszki, bo zapomniałam skontrolować buziaka przed wyjściem, czy tam coś, spodenki też jakieś przybrudzone, choć dopiero przecie zakładałam. I jak to jest, że te ciuszki po bracie tak ubogo się prezentują, a u ludzi to same zary, haemy, z wystawy, nowiutkie i pachnące?

Ach, ja wiem, że zdrowe, że kochane, że je, że wszystko na miejscu i trzeba się cieszyć. Naprawdę nigdy nie byłam zainteresowana podglądaniem szkrabów, wózków, ciuszków. Jednak zawęża się pole widzenia i to bardzo, bardzo. Może tak ma być? Właśnie wokół tego krążą moje myśli i to normalne. 

Skomplikowanych działań matematycznych nie wykonam przecie, nieskomplikowanych też. Zaczynam jedną czynność, biegnę, reagując na jęk, stęk, robię coś innego, przypominam sobie, że przecież tamto, coś tam jeszcze wpada w oko, i sama nie wiem, co już zrobiłam, co jest w trakcie realizacji, a o czym zapomniałam (więc spokojnie wypijam w takiej chwili kawę). Taką kurą się czuję z odciętą głową. I nie chcę za wszelką cenę w tym utonąć, stąd łapane w locie momenty z książką czy blogiem, malowanie paznokci, tuszowanie rzęs każdego ranka. Trzeba poczuć się człowiekiem. Nawet jeśli młody przy robieniu oka ściąga nam dół od piżamy. Nawet wtedy uparcie dążę do swego. 



Komentarze

  1. I to jest właśnie rodzicielstwo !! Szczęśliwe i rezolutne dzieciaczki nigdy nie mają idealnie nałożonej czapeczki, nie leżą równiutko pod kocykiem, a na buźce mają zawsze jakiś "zapas na potem"...;o) Za dwadzieścia lat te chwile obrosną legendą...;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za słowa pocieszenia. Chciałabym mieć dystans do tych drobinek codzienności, który daje czas, bez upływu czasu. Ale do tego każdy musi dojść sam. Pozdrawiam serdecznie. Zapraszam też na mojego "pierworodnego bloga. Tak bez "pieluchów".

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zmieniam się

      Ten projekt, choć to chyba za duże słowo, powstał (powstaje właśnie) z kilku powodów. Po pierwsze, by spróbować ułożyć w głowie natłok myśli. Odkąd zostałam mamą sama siebie nie poznaje. Nie umiem się skupić, gubię wątki w rozmowie, trudne słowa gdzieś uciekają i sama już nie jestem pewna ich znaczeń. Emocje zalewają mnie ogromną falą i trudno sobie z nimi poradzić. Bo chcę dużo, dobrze i naraz, teraz, a nie mam czasu, ciągle coś mnie goni. Nawet w tej chwili maluch wspina się na kanapę i mówi coś po swojemu, w coraz bardziej zniecierpliwionym tonie, więc poziom stresu skacze. Potrzebuję wypracować sobie balans między tym, co muszę, a tym, co chcę, tym, co oczekują inni, a tym, czego sama potrzebuję, by się w tych koniecznościach nie zatracić.      Niejednokrotnie w życiu gubiła mnie ambicja. Choć po prawdzie zawsze pchała mnie do przodu, miała też drugą, ciemniejszą stronę, bo nigdy, rzadko, było wystarczająco na tyle, aby odpocząć, złapać oddech, ci...

Gdzie się podział mój czas?

       Aż trudno uwierzyć, co dzieje się z tak ważną sprawą w życiu każdego człowieka, jaką jest czas. Zwłaszcza, kiedy zostaje się rodzicem. Naprawdę nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że dni uciekają jeden po drugim, plany gdzieś tam wiszą nad głową, lecz trudno je zrealizować (do tego już chyba się przyzwyczaiłam), tyle by się chciało, ale trzeba próbować „wrzucić na luz” i brać życie takie jakie jest w danym momencie, bo w przeciwnym razie utrata zdrowia psychicznego murowana. I cóż, mimo że kolejne pranie czeka na poskładanie, kolejne powierzchnie proszą się o pościeranie, kolejne zakupy muszą się zrobić, łapię głęboki oddech, chwytam za książkę i kilka cukierków – krówek, bo tak właśnie spotykam się sama ze sobą. I dobrze. Przypominam siebie już trochę bardziej, co mnie niezwykle cieszy. Jeszcze nie zupełnie panuję nad tym wrzącym wulkanem codzienności, ale to się raczej nigdy nie wydarzy, więc, hmmm, niech tam, niech drży, trzęsie się, hałasuje i robi szkody....